Przyszła pora, by oddać pole młodszym

TEKST
19 grudnia 2016 , 12:49
Przyszła pora, by oddać pole młodszym

Przez niemal dekadę dbał o zdrowie piłkarzy bialskiej Stali. Wcześniej pomagał młodym siatkarkom bialskiego klubu, ale przyszedł czas, że powiedział pas przec co w sezonie 2016/2017 BKS musi sobie radzić już bez niego. Rozmawialiśmy z byłym masażystą BKS Stal Edwardem Iwanickim.

 

Po wielu latach pracy w BKS Stal zdecydował Pan o przejściu na sportową emeryturę. Dlaczego?
Edward Iwanicki
(były fizjoterapeuta siatkarek i piłkarzy BKS Stal): To była najwyższa pora. Siły już nie te, a przecież wyjazdy w tym sezonie są czasami bardzo długie i męczące. Myślę, że to był dobry moment, żeby oddać pole do popisu młodszym. Bardzo się cieszę, że do klubu udało mi się wprowadzić mojego syna Bartka, którego trzy lata temu namówiłem, by zajął się fizjoterapią. Skończył kurs i studiuje na drugim roku rehabilitację. Teraz on dba o opiekę fizjoterapeutyczną piłkarzy BKS, a ja wspieram go swoim sprzętem, doświadczeniem i fachową radą.


Nie było szkoda zostawić tego zajęcia, któremu poświęcał się Pan przez ostatnie lata?
Wiadomo, że było trochę szkoda, bo pewien etap życia się skończył, ale tak jak wspomniałem moja decyzja była podyktowana moim wiekiem. To, co robiłem zawsze starałem się robić jak najlepiej korzystając z mojej wiedzy i doświadczenia. Starałem się robić to profesjonalnie i poświęcać temu w całości. Tak w piłce jak i w życiu. Nie potrafiłbym robić tego na pół gwizdka.

Jak zaczęła się Pana przygoda w BKS Stal?

Do Bielska-Białej przyjechałem z Iłowa na Mazowszu w 1971 roku, by grać w piłkę nożną. Wówczas trenerem BKS był Marian Kozenacki, a ja oprócz grania pracowałem także w Befamie. Jeden sezon występowałem w pierwszej drużynie, a później grałem już w „dwójce” do 1975 roku. Później występowałem jeszcze w Sokole Buczkowice jako napastnik i jako... bramkarz. Mimo niskiego wzrostu w jednej rundzie straciłem tylko 3 bramki! Co ciekawe jeszcze podczas gry w BKS odkryłem w sobie predyspozycje do pracy masażysty. Przychodzili do mnie koledzy z drużyny, a ja im pomagałem usuwać różnego rodzaju mikrourazy. Muszę się pochwalić, że z niezłym skutkiem.

A co robił Pan po zakończeniu gry? Był Pan związany wciąż ze sportem?
Interesowałem się myślistwem. Zbierałem nawet pieniądze na flintę, ale pewnego dnia zobaczyłem charta afgańskiego i stwierdziłem, że chcę takiego mieć. Siostra powiedziała, że jest wystawa psów w Cygańskim Lesie i są właśnie takie małe charty do kupienia. Był 1983 rok, a ja wydałem na tego psa 36 tysięcy złotych, czyli w tamtym czasie równowartość 3-4 wypłat. Zacząłem go trenować, bo w Bielsku był prężny ośrodek do trenowania chartów. Przyjeżdżali do nas z Krakowa, Opola, Katowic. Co ciekawe bielski ośrodek miał przenośny tor, więc jeździliśmy z nim do wielu miejsc. Mój pies zdobył nawet Grand Prix Polski i Mistrzostwo Polski. Sprawiał mi bardzo dużo satysfakcji. Mogę powiedzieć, że to była moja życiowa pasja. Teraz jestem międzynarodowym sędzią kinologicznym ze specjalizacją wyścigi chartów i próby pracy.

Kiedy wrócił Pan do sportu?
Do 2000 roku nie miałem kontaktu ze sportem. Wówczas zacząłem grać w Bielskich Orłach, a później za sprawą doktora Wojtulewskiego znalazłem się w BKS jako masażysta. Od 2005 roku pracowałem z młodymi siatkarkami pomagając trenerowi Krzyżanowskiemu. W sezonie 2007/2008, gdy trenerem był Marek Mandla, zaproponowano mi dołączenie do zespołu piłkarzy. Skorzystałem z tego i pracowałem z nimi do 2016 roku, a więc przez 9 sezonów. Muszę przyznać, że dzięki temu, że pracowałem w klubie tak naprawdę zaistniałem. Zwiedziłem wiele fajnych miejsc, jak na przykład podczas Festiwalu Młodzieży Europy w Turcji, czy podczas wyjazdów z juniorkami BKS na turnieje międzynarodowe, np. do Turynu. Klub pomógł mi w bardzo trudnym dla mnie okresie, dlatego też chciałem bardzo serdecznie podziękować władzom BKS oraz pracownikom bialskiego klubu. Za to zaufanie, którym mnie obdarzono, starałem się odwdzięczyć moją pracą.

Przez te 9 sezonów przewinęło się przez Pana ręce mnóstwo zawodników. Który z nich był u Pana najczęściej? Był ktoś taki?
Wiadomo, że piłkarze rzadziej lub częściej potrzebują pomocy fizjoterapeutycznej, więc oczywiście wielu z nich o taką pomoc zwracało się do mnie. A kto najczęściej? Chyba Rafał Łybyk. W czasie, gdy grał w BKS co chwilę miał jakąś kontuzję lub drobny uraz.

Jak wygląda teraz Pana dzień? Nie nudno Panu na sportowej emeryturze?
Zupełnie nie! Jestem nadal człowiekiem bardzo aktywnym. Mam teraz wreszcie czas na sprawy, które lubię, a dotąd nie mogłem im poświęcać wiele czasu. Do południa opiekuję się wnuczką, po południu wciąż pracuję jako fizjoterapeuta i mam sporo pacjentów. Wreszcie miałem wolne weekendy, które spędziłem na rybach albo na grzybach. Wciąż jestem otwarty na ludzi, więc jeśli ktoś potrzebowałby pomocy rehabilitacyjnej, to jestem do dyspozycji.

Dziękuję za rozmowę.
Dziękuję.